Dieta eliminacyjno-rotacyjna z „dodatkami”


Zdrowe odżywianie / piątek, Październik 6th, 2017

Testy na nietolerancje pokarmowe rozpoczęły nowy, trwających obecnie, etap mojego życia. Wiem, że brzmi poważnie, ale uwierz, przez pierwsze miesiące wszystko toczyło się wokół diety – spędzanie wolnego czasu, spotkania, wyjścia, wyjazdy itp. Wszystko 🙂

O testach i o tym, skąd na nie pomysł pisałam już wcześniej tutaj. Przypomnę tylko diagnozę – nietolerancja na ponad 100 produktów z 200 badanych (w tym większość zbóż, mięsa, niektóre warzywa, sporo owoców, orzechów i… wiele więcej :)). Jako, że sprawa była zbyt skomplikowana, żeby działać na własną rękę trafiłam na stałe pod opiekę kliniki Vimed, w której wykonywałam testy. Tam opiekuje się mną lekarz i dietetyk. Na czym polega „leczenie”? Poza procedurą oczyszczenia wątroby i niezbędną suplementacją (głównie probiotyki) właściwie tylko na odpowiedniej diecie. Ekstremalnej 🙂 opowiem Ci trochę o tym, może coś pomoże, może zainspiruje!

Nie muszę chyba podkreślać, że wynik testu mnie załamał i w tamtym momencie myślałam, że to najgorsza opcja jaka mogła się przytrafić. Otóż nie – mogło być gorzej 🙂 Jako, że mój przewód pokarmowy był pełen długotrwałych zapaleń trzeba było zastosować „dietę hardcore”. Czyli dodatkowo odstawić nabiał i mięso oraz mocno ograniczyć fruktozę.

Wiec zaczęła się zabawa 🙂 Jak tu się żywic z takimi ograniczeniami??!! Spróbuję spisać największe wyzwania i jak sobie z tym poradziłam. Ponownie zaznaczę – pod opieką specjalistów! I tak też radzę każdemu – tym bardziej, że chodzi o kluczową rzecz w Twoim życiu: ZDROWIE. Dzięki temu moja dieta jest zbilansowana, nie mam żadnych niedoborów, nie obniżyła mi się odporność i… zdrowo schudłam 🙂

A więc… jak się żywię? Moja dieta oparta jest przede wszystkim na warzywach (których do tej pory prawie nie jadłam!), kaszach i strączkach. Jem także ryby – na początku dwa razy w tygodniu, teraz co drugi dzień. Największym wyzwaniem było dla mnie:

  • Monotonność posiłków i brak pomysłów na dania – no bo co gotować z tak ograniczonego wachlarza składników? ?
  • Zakaz jedzenia pieprzu i czosnku (wyszły w reakcji) – niestety powodowało to nie tylko odstawienie moich ulubionych przypraw, ale przede wszystkim niemal całkowite wykluczenie jedzenia „na mieście”
  • W związku z powyższym – drastyczne zwiększenie czasu spędzanego codziennie w kuchni… A w związku z tym, że jestem osobą bardzo aktywną i właściwie nie znałam słowa „nuda”, był to dla mnie znaczący problem.
  • Brak możliwości jedzenia typowych przekąsek, a więc (nawet zamykając się w tych umiarkowanie zdrowych): kanapek, jogurtów, serków, zbożowych batonów, owoców. W związku z czym, w przypadku napadu głodu nie mogłam po prostu „wyskoczyć do sklepu”…
  • Wyjazdy służbowe i prywatne – niestety w hotelach, w trakcie konferencji czy lunchu biznesowego uświadczenie jakiejkolwiek „potrawy”, którą mogłabym zjeść graniczyło z cudem… Najgorzej było ze śniadaniami – ani jajek (wyszły w reakcji), ani mleka, ani jogurtów, ani innego nabiału, ani wędliny, ani placków, naleśników, sałatek… Nic, serio 🙂 bo na obiady to zawsze jakiś ziemniak z gotowanymi warzywami się znalazł…

Z pomocą materiałów z kliniki (w tym schemat zbilansowanego jadłospisu + obszerny zestaw przepisów) oraz mojej dietetyk jakoś sobie z tym wszystkim radzę. I przyznam szczerze, że jest łatwiej niż na początku się wydawało!

W tym miejscu spisuję rozwiązania powyższych problemów i zasady, którymi się kieruję, żeby jakoś sprostać nowym warunkom i odnaleźć się efektywnie w sytuacji. Celem tego wszystkiego jest „podleczenie” się wewnętrznie i eliminacja zapaleń, które zostały wykryte w organizmie. Na szczęście część ograniczeń jest czasowe (yeaaaah! i to trzyma mnie najbardziej przy życiu!). Natomiast część z nich pewnie w mniejszym lub większym stopniu zostanie ze mną na stałe (w międzyczasie zrobiłam też test genetyczny, który wskazał jak powinnam się odżywiać, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo ryzyka różnych chorób).

W każdym razie… Mam nadzieję, że może coś Cię zainspiruje, może złapiesz jakieś pomysły dla siebie, może spojrzysz na potencjalne problemy z innej strony. A może… chcesz podzielić się swoimi doświadczeniami? Zapraszam, napisz w komentarzu, na FB lub wyślij mi e-maila!

Jak sobie więc radzę?

soup-greens-869075_1920

  1. Jadłospis. Właściwie od pół roku spisuję wszystko co jem. Wraz z godzinami. Na początku była to przede wszystkim informacja dla mojej dietetyk. Później zaczęłam wykorzystywać to narzędzie do planowania – z wyprzedzeniem układam dla siebie dietę na kilka kolejnych dni. Biorę oczywiście pod uwagę wszelkie moje ograniczenia żywieniowe, ale też: kwestię rotacji poszczególnych produktów (pilnuję, żeby dwa dni pod rząd nie jeść tego samego – szczególnie jeśli chodzi o kaszę czy kukurydzę), mój plan dnia (np. gdy wyjeżdżam służbowo wpisuję z wyprzedzeniem w ten dzień ziemniaki, ew. też łososia, którego najłatwiej w restauracjach czy hotelach uświadczyć) oraz możliwości przygotowania posiłków (np. jeśli w środę po pracy mam zajęcia dodatkowe do godz. 22.00 to w czwartek zazwyczaj jem coś prostego lub zabieram do pracy porcję dania, które z zapobiegliwości zostało mi z wtorku 🙂 ). W weekendy, kiedy mam więcej czasu, staram się zaplanować coś nowego (żeby wypróbować przepis!) lub coś, czego nie da się zabrać do pracy (z reguły nie używam mikrofali, zabieram ze sobą obiady w wysokiej jakości termosie sportowym – takim dedykowanym do tego; większość posiłków trzyma nieźle ciepło przez 6-7 godzin). Dzięki akcji „jadłospis” stosowanie diety naprawdę jest dużo łatwiejsze. Oszczędzam też dużo czasu  i energii (a. nie muszę wielokrotnie „odtwarzać” w pamięci posiłków z poprzednich dni, bo wszystko jest zapisane; b. mogę lepiej zaplanować zakupy). Oczywiście bez przesady – nie trzymam się go w 100% 🙂 Listę posiłków modyfikuję w międzyczasie w zależności od różnych czynników, ale zawsze staram się trzymać swoich zasad. I porada praktyczna: trzymaj taki plik gdzieś w chmurze czy na Google Drive – tak, żeby mieć do niego dostęp z wielu urządzeń i w każdym momencie móc coś zmodyfikować. Ja już tak się przyzwyczaiłam, że uzupełniam i modyfikuję go w miarę na bieżąco 🙂 W pliku warto też dopisać inne kwestie, w zależności od potrzeb. Ja, w związku z „leczeniem”, zapisuję także godziny snu, przyjmowane suplementy, ew. dolegliwości bólowe czy aktywność fizyczną.
  2. Zupy. To nie tylko świetna opcja na obiad, ale także na kolację i… na śniadanie. Serio 🙂 Taaaak, też na początku wydawało mi się to zabawne 🙂 Ale zaczęłam i przez pierwsze miesiące mojej diety swoje dni zaczynałam i kończyłam zupą. Na śniadanie dorzucałam do zupy jakąś kaszę lub soczewicę, żeby była bardziej pożywna, ale na kolację jadłam „czysty” krem. Chodziło o to, żeby na noc nie obciążać żołądka – żeby miał siłę się regenerować. A wraz z nim jelita i inne wnętrzności 🙂 Osobiście wydaje mi się, że to niezwykle ważny aspekt także przy odchudzaniu oraz walce o większą odporność – ostatni posiłek jeść naprawdę lekki. Ahaa… każdą porcję zupy posypywałam zmiksowaną mieszanką słonecznika, dyni, siemienia lnianego i chia, dostarczając sobie w ten sposób trochę tłuszczu oraz witamin i minerałów. Żeby łatwiej było utrzymać dietę rotacyjną gotowałam zupy z jak najmniejszej ilości składników. Moje ulubione to: marchwiowo-batatowa (+cebula i imbir), marchwiowo-dyniowa (+cebula i imbir), brokułowo-porowa, cukiniowo-dyniowa, cukiniowo-porowa i krem z zielonego groszku. Oczywiście wszystko na bulionie warzywnym (albo korzystałam z kostki rosołowej z bardzo dobrym składem, albo przygotowywałam wcześniej wywar, albo miksowałam suszoną mieszankę warzyw z solą, zielem angielskim i liściem laurowym). Zazwyczaj dodawałam też łyżkę oleju, żeby dostarczyć do organizmu wystarczającą ilość tłuszczów. Gorąco Cię zachęcam do wprowadzania jak największej ilości zup do menu – to najprostszy sposób na codzienną dawkę warzyw!
  3. Strączki. Szczerze mówiąc dopiero teraz je odkryłam! No dobrze, wiedziałam co to soczewica czy ciecierzyca, ale właściwie ich nie jadłam. Tymczasem, z połączenia strączków z warzywami mogą powstać naprawdę fajne rzeczy – i dania obiadowe, i przekąski (np. pieczona soczewica – mniam!), i sałatki. Ja mam swoje dwa ulubione dania – jedno z czerwoną soczewicą, drugie z zieloną. Obiecuję kiedyś wrzucić przepisy! Jako, że musiałam odstawić mięso, a początkowo jadłam też rzadko ryby – strączki są dla mnie głównie cennym źródłem białka.
  4. Kasze. Bardzo lubiłam kaszę jaglaną, gryczaną i jęczmienną. Ale innych raczej nie próbowałam. Wraz z dietą zaczęłam jeść mega zdrową komosę ryżową czy amarantus. Odkryłam też sorgo (znaliście? bo ja w życiu nie słyszałam!), które zyskało miano mojej ulubionej kaszy <3 Sorgo to kasza z prosa, ciemna lub jasna, o lekko orzechowym smaku. Niestety gotuje się ok. 45-50 min, ale z drugiej strony – świetnie nadaje się do mrożenia 🙂 No i można robić z niej „popcorn”! Nie jest niestety łatwo dostępna – jeśli chodzi o sklepy stacjonarne to można ją kupić w Auchan.
    Kasze dodaję do porannych zup, są także podstawą mojego drugiego śniadania i „podwieczorku”.
  5. Ryby. Chyba przez całe życie nie zjadłam tyle ryb ile przez ostatnie pół roku ??No dobrze, może znów trochę przesadzam. Ale zaczęłam ich jeść zdecydowanie więcej i zdecydowanie bardziej je polubiłam! To niestety też było duże wyzwanie, bo poza łososiem właściwie wszystkie popularne ryby wyszły mi w reakcji. Także musiałam się ograniczyć do rzeczonego łososia, miecznika, dorady, morszczuka i mintaja. Najczęściej kupuję je w Makro – mają tam bardzo duży wybór świeżych ryb. O, właśnie… wiesz, że w większości marketów ryby, które sprzedawane są jako „świeże” zostały wcześniej rozmrożone i pięknie ułożone w tych kostkach lodu na wystawie?! A to niestety oznacza, że nie można ich mrozić ponownie…
    Ryby zazwyczaj gotuję na parze. Na to samo sitko wrzucam też jakichś warzywa (marchewkę, groszek, fasolkę, brokuła itp.) i mam drugie śniadanie.
  6. Dieta pudełkowa w wersji „home made”. Nie mam wyjścia – wszędzie gdzie przebywam więcej niż 2-3 godziny muszę zabierać ze sobą jedzenie. Zaczynając od pracy, przechodząc przez delegacje, konferencje, podróże, na dłuższych spacerach czy spotkaniach ze znajomymi kończąc. W rzeczywistości okazało się to prostsze niż początkowo się wydawało 🙂 Także w przygotowaniu! Śniadanie i kolację zawsze jem w domu. Obiad do pracy zabieram ze sobą i jem na ciepło. Pozostałe posiłki w trakcie tygodnia (co najmniej dwa dziennie) jem zazwyczaj poza domem, głównie w pracy. Zabieram ze sobą w plastikowych pudełkach kaszę/strączki + warzywa. Moje ulubione zestawy to: (1) pęczak + zielony groszek, (2) sorgo + kukurydza, (3) komosa ryżowa + marchewka, (4) dziki ryż + zielony groszek + czerwona cebula, (4) amarantus + fasolka szparagowa, (5) czerwona soczewica + marchewka. Czasami dodaję także trochę oleju i przyprawiam. Ale nie zawsze 🙂 Poza powyższymi zestawami nieraz przygotowuję także pudding z komosy ryżowej, chia i mrożonych owoców albo kaszę jaglaną z jabłuszkami Gerber (ale to akurat wżeram na ciepło ?). Często idę na łatwiznę i obie „przekąski” składają się z tego samego zestawu – po prostu przygotowuję większą porcję i jem na dwa razy 🙂
  7. Utarte schematy gotowania. Na początku było ciężko, ale potem wpadłam w rutynę. Kremy przygotowywałam zawsze wieczorem – od razu dwie porcje. Jedną jadłam na kolację, drugą na śniadanie (z dodatkiem kaszy). Ostatnio ułatwiłam sobie życie i… zupy zaczęłam mrozić 🙂 polecam, nie tracą smaku ani właściwości. W tygodniu gotuję obiady, które wygodnie mogę zabrać w termosie, często od razu dwie porcje (jem je z jednodniową przerwą). W weekendy zabieram się za bardziej wyszukane lub wymagające więcej czasu posiłki. Po prostu wypracowałam sobie najlepszy schemat działania i przyzwyczaiłam do niego 🙂
  8. Nowy porządek w lodówce. Moja lodówka przeszła totalną metamorfozę! Oczywiście w pierwszej kolejności pozbyłam się produktów, które wyszły w reakcji. Następnie wszystkich innych, których pierwszym okresie nie powinnam jeść. W efekcie miejsce serów, serków, masła, wędlin, musztardy, keczupu itp. pojawiły się (jak nigdy!) warzywa i… warzywa… i… jeszcze trochę warzyw 🙂 Przede wszystkim dbam o to, żeby zawsze mieć ich szeroki wachlarz. Dzięki temu nie nakładam sobie kolejnego „filtra” na dietę w postaci braku jakiegoś produktu i jem więcej tych świeżych. Oczywiście zawsze mam też wersje rezerwowe typu groszek w puszce czy brokuły, fasolkę i szpinak mrożony.
  9. Nowe miejsca do zakupów. Mimo, że dzisiaj zdecydowanie łatwiej kupić mniej popularne produkty niż jeszcze rok czy dwa lata temu, wciąż nie wszystkie dostępne są wszędzie. Musiałam więc włożyć w poszukiwania trochę pracy, ale dzięki temu odkryłam nowe, ciekawe miejsca (głównie w sieci) i co ważne – z produktami w atrakcyjnych cenach i wygodną przesyłką. Moimi najnowszymi odkryciami są: cosdlazdrowia.pl oraz bestilbio.sklep.pl. Dużo zdrowych rzeczy można też dostać w e-piotripawel.pl 🙂
  10. Dzienniczek przepisów. Gdyby nie pomoc z zewnątrz to pewnie jadłabym cały czas kaszę z marchewką ??? Jasne, przesadzam, ale niewątpliwie setki przewertowanych przepisów w internecie, bardzo mi pomogły. Część z nich wykorzystuję 1:1, część zmodyfikowałam pod moje możliwości, a inne posłużyły mi jako inspiracja. Mój dzienniczek przepisów cały czas się jednak wydłuża. Śledzę wiele stron i blogów poświęconych zdrowej żywności, odżywianiu bez glutenu, mięsa, jajek, laktozy itp. I codziennie zbieram najciekawsze przepisy 🙂 Mój dzienniczek zamieściłam na Google Drive, dzięki temu mam do niego dostęp zawsze i wszędzie 🙂 Przepisy są tam odpowiednio pogrupowane, a część zaznaczona innym kolorem – to te, które muszę wypróbować w pierwszej kolejności ??. Oczywiście nie zawsze mam czas i możliwość wrzucać tam znalezione linki, dlatego „na szybko” robię to w komórce. Co jakiś czas przeglądam notatki z telefonu i najlepsze receptury dorzucam do mojego dzienniczka. A potem próbuję! Dzięki temu mam książkę kucharską dokładnie dostosowaną do moich potrzeb i możliwości ?
    TAK, obiecuję wrzucać tu jak najwięcej tych fajnych przepisów!

Mimo wszystkich pozytywnych emotikonek, które tu wrzuciłam pewnie myślisz sobie „Super, ale gra nie warta świeczki!”. Otóż… warta! Bardzo szybko poczułam się (w końcu!) lepiej, wygląda też na to, że mój przewód pokarmowy jest w coraz lepszej formie!

Jesteś okazem zdrowia i nic Ci nie dolega? Świetnie! Ciesz się życiem i dziękuj losowi:) Ale jeśli masz jakiś problem, którego nikt nie może zdiagnozować (a więc i wyleczyć) pomyśl o diecie i wesprzyj się specjalistami. Z czego nie miałbyś zrezygnować i na jak długo to… warto! Bo… serio… zdrowie jest najważniejsze.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *