O zdrowiu jelit i przewodzie pokarmowym. Poznaj moją historię.


Zdrowe odżywianie / wtorek, Wrzesień 26th, 2017

Nie wiem czy ten post uda mi się napisać za jednym zamachem 🙂 temat dla mnie trudny i skomplikowany. Ale spróbuję tak ubrać myśli, żeby: a. nie zanudzić Cię, b. nie wymęczyć się.

Po trzydziestu latach życia mogę z całą pewnością stwierdzić, że mój układ pokarmowy jest dość wrażliwy. No dobra… bardzo wrażliwy. A może sama do tego doprowadziłam? Tego jeszcze nie wiem, ale wydaje się, że wszystko musi mieć jakąś przyczynę. Na razie przyjmuję, że to zestaw: geny + bakterie. O bakteriach jako takich jeszcze Ci kiedyś napiszę więcej. Ale tymczasem – do rzeczy!

Jako dziecko miałam problemy z jedzeniem, ale nie były to grymasy tylko… po prostu… bardzo szybko się najadałam. Gryzłam kęsa, jadłam kawałek i… miałam tak potworne uczucie sytości, że mama mogła mnie przy stole trzymać wieki, a i tak nic więcej nie tknęłam. Lekarze dzielili się na tych, którzy mówili, że mam za krótkie jelito (co za bzdura!) i takich, którzy zwalali winę na okres dojrzewania. Ok, dobra, może i coś w tym było. W każdym razie przeszło. Później był już luz – może za wyjątkiem tego, że bardzo dużo ćwiczyłam, nie jadłam dużo, a… tyłam i nie mogłam zrzucić ani kilograma! Teraz już wiem dlaczego – to była kwestia tego co (!) jadłam. Ale wtedy nie byłam taka mądra 🙂

Później przyszły studia i historia z pęcherzykiem żółciowym (wiedzieliście, że nie ma czegoś takiego w nomenklaturze medycznej jak woreczek żółciowy :)??). Historia niestety bardzo bolesna i bardzo długa. „Diagnozowano” mi bowiem taką prostą rzecz (kamienie)… uwaga… 8 miesięcy! 8 całych miesięcy bólu, niezliczonej ilości badań i próbowania dosłownie wszystkiego (łącznie z akupunkturą, psychologiem i co chwilę inną dietą). Aaaa… i 16 (czujesz? 16!) wizyt na SOR-ach w tym czasie. Oszczędzę Ci tej historii, przekażę tylko jedną radę – nie ufaj bezgranicznie lekarzom, nie ufaj bezgranicznie badaniom. Rób je powtórnie, czytaj, rozmawiaj z ludźmi, dziel się problemami. Ale zachowaj przy tym zdrowy rozsądek.

Po operacji musiałam oczywiście przez jakiś czas stosować ścisłą dietę, ale później wszystko wróciło do normy. Może za wyjątkiem faktu, że nie mogłam najeść się bitą śmietaną czy tłustą golonką – normalne bez woreczka 🙂 🙂 Wróć… pęcherzyka.

Myślałam, że moje problemy z przewodem pokarmowym minęły! Operacja zbiegła się praktycznie z moim wyjazdem na pół roku za granicę, potem przeprowadzka do Warszawy, rozpoczęcie „poważnej” pracy zawodowej, nowe znajomości, kolejne wynajmowane mieszkania, awanse w pracy, w końcu zakup własnego M, wykończenie, przeprowadzka, kolejne zmiany pracy… życie toczyło się dość szybko. Ale w tym całym biegu nie zapominałam o dbaniu o siebie (a przynajmniej tak mi się wydawało). Kilka lat temu zmieniłam filozofię odżywiania (już chyba o tym wspominałam) – zaczęłam dokładnie czytać etykiety produktów, co w efekcie wyeliminowało z mojej diety tonę przetworzonych produktów. Pozbyłam się z domu białego cukru, a sól używałam właściwie tylko do przyprawiania mięsa. Ograniczyłam też znacząco pszenicę (zarówno w postaci pieczywa, jak i makaronów czy przekąsek). Po kilku miesiącach poczułam pozytywne efekty – właściwie kilogramów mi nie ubyło, ale sylwetka wyglądała zdecydowanie lepiej (np. w końcu widocznie zmniejszyły się moje „boczki” – dziewczyny, wiecie o czym mówię, to zmora!), czułam się lżejsza, miałam więcej energii, poprawiła mi się cera i, co ciekawe, zęby stały bielsze 🙂 Chwilę wcześniej z kolei zaczęłam ćwiczyć pole dance, więc poza zdrowym (wtedy w moim mniemaniu) odżywianiu był także solidny ruch. Nie miałam najmniejszych podstaw sądzić, że coś w moim przewodzie pokarmowy może być nie tak.

A jednak.

Jakieś dwa lata temu wzięłam pierwszy raz w życiu urlop na żądanie. Może nie formalnie, ale obudziłam się rano i wiedziałam, że z łóżka się nie podniosę. I że nawet nie będę pod mailem. Ani pod telefonem. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Czułam się potwornie. Dlaczego?? Przypomniałam sobie, że w domu moich rodziców, których odwiedzałam w weekend, „przeszła” przed chwilą fala grypy żołądkowej. Pomyślałam: „Okej, bywa. Nie jest to przyjemne, ale zdarza się. Jest przyczyna, to już dobrze. Przeżyję.” Ale to „przeżycie” było trudniejsze niż myślałam 🙂 wieczorem zwlekłam się z łóżka i wtoczyłam do taksówki. Na dyżurze internistycznym (oczywiście w prywatnej sieci placówek medycznych) dostałam jakieś kroplówki i pobrali krew do badań – standard. Wtoczyłam się ponownie do taksówki i wróciłam do domu. Do łóżka. Nieco przed północą dzwoni telefon, półprzytomna odbieram. To spanikowana pani ze wspomnianej kliniki, która niemal przyprawiła mnie o zawał serca. „Mam wyniki pani badań, niech pani jak najszybciej jedzie na pogotowie. Poziom bilirubiny (co? nigdy wcześniej o cholerstwie nie słyszałam!) jest bardzo wysoki. Niech pani notuje jaki, niech pani jedzie na pogotowie z tą kartką. Jak najszybciej.”

Pogotowie? Z kartką? Serio? jeśli byłaś/byłeś kiedykolwiek na SOR to wiesz co mam na myśli 🙂 Finalnie na to pogotowie trafiłam karetką, co wcale sprawy nie ułatwiało. Spędziłam tam całą noc w bardzo niefajnych warunkach, mocno nastraszona. Ale finalnie na dłużej mnie nie zatrzymano (oszczędzę Ci szczegółów, chociaż z perspektywy czasu to dość zabawna historia :)).

Wtedy znów zaczęły się badania – w tym te bardzo specjalistyczne. Ale po takiej serii właściwie nic nie znaleziono, a polska służba zdrowia (mimo, że prywatna) nie była w stanie sensownie skomentować co może się dziać (czy w ogóle coś) i jak mi ewentualnie pomóc. Bo od tego momentu pojawiały się większe lub mniejsze bóle brzucha i dyskomfort po zjedzeniu bardzo wielu produktów (a dużych, ciężkich śniadań w szczególności). Lekarze byli w stanie oferować mi jedynie co chwilę gastroskopię, więc… zaczęłam szukać przyczyny na własną rękę.

Początkowo trafiłam na scanner Diacom (więcej na ten temat znajdziesz w sieci). Diagnoza: pasożyty, grzyby, droższe… Niech zgadnę – myślisz właśnie „Wow, fuj, to musiało być okropne”. Otóż… nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale każdy z nas ma takie osobniki w organizmie – tyle, że jeden mniej, drugi więcej, u jednego są aktywne, u drugiego w stanie spoczynku. Swoją drogą, w naszym organizmie dzieje się naprawdę dużo ciekawych rzeczy, o których pewnie nie masz pojęcie. No dobrze, a przynajmniej ja nie wcześniej nie miałam 🙂 Na pewno jeszcze o tym napiszę więcej!

No więc w grę weszła specjalna terapia + leczenie (albo raczej suplementacja, bo tabletki były w 100% naturalne). Niestety, u mnie szło dość opornie, a negatywna reakcja organizmy na łykane tabletki była wyraźna. Ja jednak myślałam wtedy o jednym: „Nareszcie moje problemy minął! Będzie cudownie!”. Cudownie nie było, bo choć rzeczywiście czułam się lepiej, to dolegliwości całkiem nie ustąpiły – raz bywało lepiej, raz gorzej. Więc, jak pewnie się domyślasz, szukałam dalej.

I znalazłam! A przynajmniej mam nadzieję, że teraz to już na serio i na stałe pozbędę się dolegliwości. Zaczęło się od testów na nietolerancje pokarmowe. Gdzieś zobaczyłam, gdzieś zasłyszałam i zaczęłam drążyć temat. Okazało się to trudniejsze niż myślałam, bo w Polsce ten temat jeszcze jest dość niepopularny. Jaki wybrać? Taki na 40 rzeczy (za kilka stówek) czy może najszerszy – na 200 (za blisko 2 tys. zł)? Okej, szybko pada na ten szerszy – w końcu w moim przypadku ten węższy i tak okazałby się niewystarczający. Ale gdzie go zrobić, jakim sposobem? Od razu podpowiadam – technologie są różne, a każda wg wykonywanego podmiotu – najlepsza 🙂 Polecam te dwa artykuły, chociaż dla mnie osobiście i tak nie wszystko było jasne: (1) http://www.alergiapokarmowa.pl/testy-na-alergie-i-nietolerancje-pokarmowa/, (2) http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/alergie/alergia-pokarmowa-testy-ktore-ulatwiaja-jej-wykrycie_41239.html.

Ja zdecydowałam się finalnie na test polegający na morfologicznym badaniu reakcji cytotoksycznej (pozwalający na jakościową, a nie tylko ilościową ocenę reakcji komórek). Wykonałam go w warszawskiej klinice zajmującej się medycyną stylu życia. Jeśli chcesz, możesz sprawdzić w jakiej (tutaj). Czego oczekiwałam po tym teście? Spodziewałam się wyroku w postaci kilku produktów, które mają na mnie szkodliwy wpływ, chciałam je następnie wyeliminować z diety i… tyle. I dolegliwości miały minąć jak ręką odjął. Taki właśnie był plan! Niezły, nie :D? Niestety, rzeczywistość okazała się bardziej brutalna.

I wtedy zaczęła się moja ostra walka o „uzdrowienie” organizmu, która trwa od ponad pół roku.

Ciąg dalszy tutaj

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *